Zrobiło się nieco cieplej, żeby być, jak mawia mój przyjaciel w "dobrym bontonie", postanowiłem wbić się w któreś ze swoich nieco starszych wdzianek. Patrzę do szafy i jest- lekko streczowe, w poprzeczne marynarskie pasy. Suuuper myślę sobie.
Wcisnąłem się, nie jest źle, udało się zaciągnąć na brzuch- pempka nie widać. Ramiona opięte- ledwo wciągnąłem rękawy... Jednak jeszcze trochę tych mięśni zostało. Spoglądam w lustro...
No nie, nie o to mi chodziło! Hmmm... Pasy wzdłóż! Oczywiście, warto było podsłuchiwać, jak Piękna oglądała Trini i Susanę. Pasy wzdłóż mnie wyszczuplą i będzie suuuuper!
...... KUR#@!!!!
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Tylko ja i dwa pedały
Zapomniałem się podzielić radością, która przepełnia moje serce. Będąc podczas Świąt u rodziny dałem się podpuścić Pięknej, która stwierdziła, że kiedyś jechała 100km z okładem rowerem, ale trwało to prawie 8h. Oczywiście podchwyciłem, że to wolno, bo spokojnie można to zrobić w 6, nie będąc wcale kolarzem i bez wyczynowego roweru. Rzecz jasna Piękna wypuściła mnie jeszcze trochę rechocząc dziko, że mam nie zapomnieć GPSa, żeby mnie można było odnaleźć w razie czego. No, i skończyło się tym, że założyłem się, o wycieczkę, że w weekend 28-29 lipca jadę rowerem do Kawczyna- mapka poniżej.

Podany czas przejazdu jest oczywiście oparty na średniej prędkości samochodu, ale patrząc na dystans, to utrzymując średnią około 25km/h powinienem się spokojnie zmieścić w czasie. Jedyny problem jaki widzę, to ewentualne wzniesienia i ruch na drodze. Muszę jeszcze poszukać alternatywnej trasy przejazdu, żeby zminimalizować ryzyko utraty zdrowia na skutek potrącenia. W każdym razie 5h jest spokojnie w zasięgu- nadal tak twierdzę.
Na koniec motywacja, bez tego ani rusz.

Podany czas przejazdu jest oczywiście oparty na średniej prędkości samochodu, ale patrząc na dystans, to utrzymując średnią około 25km/h powinienem się spokojnie zmieścić w czasie. Jedyny problem jaki widzę, to ewentualne wzniesienia i ruch na drodze. Muszę jeszcze poszukać alternatywnej trasy przejazdu, żeby zminimalizować ryzyko utraty zdrowia na skutek potrącenia. W każdym razie 5h jest spokojnie w zasięgu- nadal tak twierdzę.
Na koniec motywacja, bez tego ani rusz.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Czas spiąć pośladki
Właśnie kończę się kurować. Cholerne przeziębienie zniweczyło moje plany treningowe
na ubiegły tydzień, ale za to dbałem o siebie kulinarnie, a właściwie dbała o
mnie Piękna, a ja tylko musiałem pilnować, żeby nie żreć za dużo. Próbuję odstawić cukier, ale na razie nie mogę sobie odmówić herbaty z cytryną i z cukrem właśnie. Odstawiłem wszelkie zimne napoje słodkie- ani soków, ani coli. Ograniczam pieczywo, jem więcej warzyw i nasion. Na razie nie wiem, jak to wygląda wagowo, ale nie jest to na tyle rygorystyczna dieta, żebym się spodziewał jakiś szczególnych zmian, więc na razie nie sprawdzam.
Korzystając z tego, że miałem wielkie chęci, a nie miałem możliwości ćwiczenia w ostatnich dniach, przemyślałem sobie i przygotowałem plan treningowy. Był to o tyle trudny temat, że uparłem się, żeby nie kupować karnetu na siłownię, czyli nie będę miał dostępu do sztang, ani hantli, o maszynach nie wspomnę. Trudno jest w taki sposób ułożyć zbilansowany trening, szczególnie, że powinienem ćwiczyć 5-6 razy w tygodniu.
Podstawami będą: bieganie, podciąganie na drążku, pompki na poręczach i przysiady jednonóż. Urozmaicę to trochę skłonami na brzuch, pompkami w staniu na rękach, skokami na podwyższenie oraz unoszeniem nóg ze zwisu. Mam nadzieję, że dam radę w ten sposób się przygotować do wrześniowych zawodów, przynajmniej na tyle, żeby w ostatnim okresie (lipiec/sierpień) wejść na siłownię i zacząć trochę robić podrzutów, wyciskań i martwych ciągów. Mam jeszcze jedno zmartwienie. Musiałbym zacząć ćwiczyć na kółkach gimnastycznych, a tu nie dość, że takich kółek nie mam, to jeszcze nie mam kompletnie pomysłu, gdzie mógłbym na nich trenować... Boję się tego, że nawet, jeśli uda mi się siłowo dobić do poziomu, który pozwoli mi wykonywac ćwiczenia na kółkach, to i tak będę miał kłopoty techniczne. Muszę ten problem rozwiązać w przeciągu najbliższych kilku tygodni. No nic, jakoś to będzie. Teraz trzeba się skupić na tym, żeby w ogóle zacząć realizować to, co sobie założyłem. Zaczynam od soboty...
Korzystając z tego, że miałem wielkie chęci, a nie miałem możliwości ćwiczenia w ostatnich dniach, przemyślałem sobie i przygotowałem plan treningowy. Był to o tyle trudny temat, że uparłem się, żeby nie kupować karnetu na siłownię, czyli nie będę miał dostępu do sztang, ani hantli, o maszynach nie wspomnę. Trudno jest w taki sposób ułożyć zbilansowany trening, szczególnie, że powinienem ćwiczyć 5-6 razy w tygodniu.
Podstawami będą: bieganie, podciąganie na drążku, pompki na poręczach i przysiady jednonóż. Urozmaicę to trochę skłonami na brzuch, pompkami w staniu na rękach, skokami na podwyższenie oraz unoszeniem nóg ze zwisu. Mam nadzieję, że dam radę w ten sposób się przygotować do wrześniowych zawodów, przynajmniej na tyle, żeby w ostatnim okresie (lipiec/sierpień) wejść na siłownię i zacząć trochę robić podrzutów, wyciskań i martwych ciągów. Mam jeszcze jedno zmartwienie. Musiałbym zacząć ćwiczyć na kółkach gimnastycznych, a tu nie dość, że takich kółek nie mam, to jeszcze nie mam kompletnie pomysłu, gdzie mógłbym na nich trenować... Boję się tego, że nawet, jeśli uda mi się siłowo dobić do poziomu, który pozwoli mi wykonywac ćwiczenia na kółkach, to i tak będę miał kłopoty techniczne. Muszę ten problem rozwiązać w przeciągu najbliższych kilku tygodni. No nic, jakoś to będzie. Teraz trzeba się skupić na tym, żeby w ogóle zacząć realizować to, co sobie założyłem. Zaczynam od soboty...
piątek, 13 kwietnia 2012
A może idealny?
Siedzę w biurze, charczę, poszczekuję (efekty drapania w gardle) pracując co
nieco w przerwach. Wnerwiam się, że dziś jeszcze nic nie zrobię, więc co...
Zapisałem się na listę startową do Krakowa na wrzesień. Mam czas, żeby sie
przygotować. Jeszcze nie wiem, jak doszlifuję formę w zaledwie 5 miesięcy (z
aktualnego pułapu i biorąc pod uwagę mój zapał, to i 15 byłoby mało).
Pruję się
No
właśnie, jak nie przymierzając stare kalesony. Od trzech dni nic nie robię. Wybrałem
się rowerkiem do pracy- super, zajebiście, ale wieczorkiem już katarek, bo co?
Bo czapeczki nie było- no kurna, starość! Nigdy jeszcze tak nie miałem! Co
gorsza dziś rano wstałem, wyjąłem Małego Drania z łóżeczka, robię mu śniadanie
i czuję... Coś mnie w plecach napie#$@la i to jak?! Normalnie jakby mi się dysk
przesunął i jakiś nerw uciskał. Miewałem takie rzeczy w przeszłości, ale
robiłem wtedy martwe ciągi ponad 200kg, a teraz?! Mały Drań waży ledwie 10kg.
Nie jest dobrze, wolne rodniki mnie rozpierd&#ą jak nic, jeśli czegoś ze
sobą nie zrobię.
Teraz dopiero zauważyłem, dzisiaj piątek- 13go. Ja pierd@#ę, jeszcze przesądny na starość zostanę.
Teraz dopiero zauważyłem, dzisiaj piątek- 13go. Ja pierd@#ę, jeszcze przesądny na starość zostanę.
środa, 11 kwietnia 2012
Zniesmaczenie
Wykonałem
wczorajszy plan z Tabatą.... Kur@#a jak mi źle. Wiedziałem, że to wyzwanie i że
to ciężki trening z założenia, ale nie spodziewałem się, że tak mnie to
przerośnie. Przerosło nie o tyle, że nie skończyłem, ale sposób, w jaki
przebrnąłem przez ćwiczenie... No generalnie dupy nie urywa, chyba, że ze
śmiechu, jak by to ktoś zobaczył. W pierwszej serii jakoś poszło- zrobiłem 8
powtórzeń w 20 sekund, w drugiej już tylko 6. W kolejnych trzech seriach
walczyłem o cztery powtórzenia, ale się nie udało, a ostatnie trzy serie to
wymęczone dwa powtórzenia przeplatane sapaniem klęcząc na podłodze... Obraz
nędzy i rozpaczy. Przyznam szczerze, że wczoraj miałem pomysł, żeby to nagrać
choćby komórką, ale szczęśliwie tego nie zrobiłem- chcę o tym zapomnieć jak najprędzej.
Wstyd mi przed sobą samym. Co gorsza Piękna to wszystko widziała. Powiedziała
mi po wszystkim, że bała się, że nie dożyję do końca.
Ja pier#&le, musiałem wyglądać, jak mors miotający się po plaży... Żeby chociaż, jak mors w rui, ale nie, one są wtedy pobudzone, dynamiczne i w ogóle. Na prawdę dramat był. W trzeciej serii powiedziałem sobie "Dobra, teraz trzy, troszkę złapię tlenu i zaraz pociągnę jeszcze piąteczkę"... I tak trzy razy. A później, to już tylko walka ze sobą, żeby nie przestać i żeby próbować chociaż to zakończyć, żeby móc spojrzeć w lustro po wszystkim... Żeby wyjść z twarzą. Tylko jak to zrobić w tych warunkach- żona patrzy, suka patrzy. Co też mnie podkusiło, żeby to robić, kiedy są w domu?! Masakra. Suka już całkiem jawnie się ze mnie nabijał, wyła i poszczekiwała jak opadałem na kolana po dwóch wymęczonych powtórzeniach. I ta straszna świadomość, że jeszcze dwie serie. Człowiek się nie zdąży dobrze pozbierać, a tu już koniec przerwy. Jedno jest pewne, 10 sekund to cholernie krótko, a 20 sekund to zajebiście długo.
Ja pier#&le, musiałem wyglądać, jak mors miotający się po plaży... Żeby chociaż, jak mors w rui, ale nie, one są wtedy pobudzone, dynamiczne i w ogóle. Na prawdę dramat był. W trzeciej serii powiedziałem sobie "Dobra, teraz trzy, troszkę złapię tlenu i zaraz pociągnę jeszcze piąteczkę"... I tak trzy razy. A później, to już tylko walka ze sobą, żeby nie przestać i żeby próbować chociaż to zakończyć, żeby móc spojrzeć w lustro po wszystkim... Żeby wyjść z twarzą. Tylko jak to zrobić w tych warunkach- żona patrzy, suka patrzy. Co też mnie podkusiło, żeby to robić, kiedy są w domu?! Masakra. Suka już całkiem jawnie się ze mnie nabijał, wyła i poszczekiwała jak opadałem na kolana po dwóch wymęczonych powtórzeniach. I ta straszna świadomość, że jeszcze dwie serie. Człowiek się nie zdąży dobrze pozbierać, a tu już koniec przerwy. Jedno jest pewne, 10 sekund to cholernie krótko, a 20 sekund to zajebiście długo.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Plan na dziś- TABATA
Niestety w domu nie mam jak się podciągać, a
Angie to podciąganie, pompki, skłony na brzuch i przysiady- wszystko x 100
powtórzeń. Rozbiłem to sobie na trzy serie po 35 powtórzeń i zrobiłem zestaw
pompki + skłony + przysiady. W sumie wyszło mi zatem po 105 powtórzeń na
ćwiczenie. Zabrało mi to 14 minut, ale muszę powiedzieć, że nie było to
wykonane w zabójczym tempie, a co więcej zrobiłem sobie solidne około 2
minutowe przerwy. Oczywiście to nie jest równoznaczne z zaliczeniem Angie, bo
musiałbym się zmierzyć jeszcze z podciąganiem, które w tym zestawie byłoby dla
mnie na pewno najtrudniejszym z ćwiczeń. Nie mniej jednak staram się nie
odpuszczać. Szczególnie, że waga przed Świętami wynosiła już 95kg, a po
Świętach znowu 97kg... No szlag by to trafił, a i tak jest nieźle, bo
przyplątał się do mnie jakiś wirus jelitowy i w poniedziałek już niewiele
jadłem.
Mam taki cichy plan, żeby się dziś delikatnie
sponiewierać kondycyjnie. Chcę zrobić Tabatę wykonując tzw "burpees".
Żeby przybliżyć temat:
Tabata- Japończyk, który opracował metodę
treningową znacznie poprawiającą wyniki w treningu wydolnościowym i siłowym, a
także wpływającą dodatnio na spalanie tkanki tłuszczowej (co do tego
ostatniego, elementu, nie znam podstaw biochemicznych tego efektu, ale z własnego
doświadczenia wiem, że jak się jest młodym i wysportowanym, to połączenie
treningu siłowego i cardio daje faktycznie efekt utraty tkanki tłuszczowej, nie
wiem, jak się to jednak ma do jednostek niebędących w szczycie swoich
możliwości fizycznych). Wierzę na słowo, że to kwestia zmian metabolicznych,
które stosując tego rodzaju ćwiczenia można wywołać.
Sam trening polega na tym, że wykonujemy 8 serii
danego ćwiczenia- maksymalną ilość powtórzeń, którą jesteśmy w stanie zrobić w
20 sekund i odpoczywamy 10 sekund pomiędzy seriami. Trening ma sens tylko
wtedy, kiedy faktycznie zmuszamy się do maksymalnego wysiłku i trzymamy się
czasów ćwiczenia oraz odpoczynku. Ważne jest także rozsądne dobranie ćwiczenia.
Burpees jest ćwiczeniem wielostawowym, angażującym wiele grup mięśniowych i
choć będę wykonywał je bez obciążenia zapewne będzie to spore wyzwanie- zdam
relację dziś wieczorem lub jutro rano.
Same "burpees" wykonuję w
następujący sposób:
- zaczynam z pozycji głębokiego przysiadu z
dłońmi opartymi o podłogę;
- wyrzut nóg do podporu przodem z jednoczesnym
ugięciem ramion, jak przy pompkach;
- wyprost ramion wraz z jednoczesnym powrotem nóg
do pozycji przysiadu;
- wyskok obunóż w górę z dotknięciem kolanami
klatki.
Całość powinna mi zabrać około 4 minut, więc o
ile będę miał sprzyjające warunki (nie będzie Pięknej, która mnie wyśmieje, ani
Małego Drania, który cały plan storpeduje), może nawet uda mi się to jakoś
udokumentować.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



