czwartek, 11 lipca 2013

Endomondo vs Sports Tracker, czyli o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy ;-)

Jeśli czyjeś uczucia religijne zostały dotknięte przez wykorzystane w tytule porównanie, to... trudno, trochę dystansu doradzam. Oba sport-testery, czyli Endomondo i Sports Tracker są w zdecydowanej czołówce, jeśli chodzi o proste GPSowe narzędzia używane w treningu. Wiadomo, że są jeszcze podobne aplikacje Garmina, Nike+ i inne, ale ponieważ ich nie znam i nie miałem okazji korzystać, nie będę się wypowiadał.
Endomondo

Sports Tracker

Jakiś czas temu, kiedy odpuściłem sobie niedzielną homeostazę na rzecz zarżnięcia się z dwoma czubkami, po raz pierwszy przyszło mi do głowy żeby przeanalizować sobie różnice między tymi dwoma narzędziami. Ja korzystałem dotąd z Endomondo, a Sports Trackera miałem dłuuugo wcześniej na Nokii. Zmieniłem aplikację właśnie ze względu na to, że Endomondo dawało mi większe możliwości, a Sports Tracker był tylko prostą "apką" na telefon bez androida. Natomiast podczas pamiętnego treningu okazało się, że jeśli chodzi o pomiar odległości między aplikacjami są wyraźne różnice, a na dodatek Maurycy stwierdził, że w Sports Trackerze ma prawie wszystkie pomiary, za które w Endomondo trzeba zapłacić wykupując opcje "premium". Porównajmy zatem, jak to wygląda.

ENDOMONDO
Mamy podgląd mapy, kalendarz treningów, czas ćwiczeń, średnią prędkość, maksymalną prędkość, spalone kalorie wyliczone w oparciu o wzór biorący pod uwagę płeć, wiek, wagę i wzrost oraz prawdopodobnie jakiś współczynnik przypisany do rodzaju aktywności (w sensie że nordic walking będzie powodował niższe zużycie energii, niż kolarstwo górskie). Dodatkowo na stronie internetowej możemy sobie sprawdzić jakiej muzyki słuchaliśmy podczas treningu, informację pogodową (szczegółową w wersji premium) poza tym wykres zmian wysokości i prędkości oraz międzyczasy. Dodatkowo statystyki (pełniejsze w wersji premium). Każdy trening możemy uzupełnić o opis oraz nawet od niedawna o fotografie dokumentujące nasze ćwiczenia. Dodatkowo mamy historię treningów i własnych rekordów, a w wersji premium możemy od razu zobaczyć swoje wyniki w tabeli porównawczej ze znajomymi. Poza tym, bez kłopotu możemy porównać ręcznie swoje rekordy życiowe z najlepszymi czasami innych osób, o ile je udostępniają publicznie. Możemy zawsze zrobić sobie "test Coopera".
Poza tym, cóż, nigdy nie zawiodły mnie mapy, ani GPS- choć ten ostatni nie jest dokładny! Przekłamuje dystans, na odcinku 42km 195m (maraton poznański, który musi mieć dokładnie zwymiarowaną trasę, aby być poważną impreza biegową) przekłamał o 1,5km- tyle mi dodał. Jest też ogromna różnorodność form treningu- część kompletnie na wyrost, bo nie sposób zmierzyć tymi metodami wydajności treningu sztuk walki, czy obwodowego, ale z tym mniejsza- zawsze można sobie zaznaczyć, że się to robiło i to musi wystarczyć ;-) Zawsze w przypadku tych ćwiczeń możemy porównać współczynnik "nawodnienie", który jest dla mnie kompletna zagadką i nie wiem ani na jakiej podstawie jest podawany, ani co miałby pomóc poprawić.

SPORTS TRACKER
Ta aplikacja wygląda wizualnie znacznie nowocześniej, ale proponuje nam dokładnie te same rozwiązania (może z wyjątkiem nawodnienia), jednakże nie mamy tu wersji "premium", a zatem wszystko jest dostępne bez dopłat. Faktycznie narzędzie porównawcze jest bardziej precyzyjne. Aplikacja automatycznie podaje nam trzy najlepsze treningi z danej dziedziny sportu i możemy je ze soba zestawić. Nie wiem, czy możemy porównywać się ze znajomymi, bo nie sprawdzałem tej funkcjonalności. Natomiast wiedząc, że Endomondo nie jest dokładne jeśli chodzi o dystans (nieco dodaje), spodziewam się, że Sports Tracker jest bardziej nierówny, patrząc na porównanie odczytów tej samej trasy...

I tak, Endomondo pokazuje na trasie praca-dom dystanse między 6,57, a 6,78 km na tej samej trasie, zależnie od dnia i pory, w jakiej wracam, ale przeważnie otrzymuję odczyt 6,72 km który jako jedyny się powtarza. Tymczasem Sports Tracker pokazuje od 6,38 km do 6,71 km na tej samej trasie. Czasy mam porównywalne. Biorąc pod uwagę, że Endomondo doliczyło mi 1,5 km na dystansie 42 km, to przy 6 km dodać mi powinno około 200 m. To mogłoby wskazywać na to, że Sports Tracker jest jednak nieco bardziej precyzyjny. Jednocześnie to Sports Tracker któregoś razu, kiedy go włączyłem pod firmą zmierzył mi przejazd z Sadów pod Poznaniem, dodając mi jakieś 11-12 km.

Podsumowanie
Sports Tracker wydaje się być bardziej precyzyjny, lepiej wygląda, a jego wykresy są znacznie bardziej przyjazne w obsłudze i bardziej czytelne. Nie denerwuje namawianiem do zakupu dostępu płatnego na każdym kroku i podając dane przez słuchawki podaje kompletną informację, a nie tylko "pace" ostatniego kilometra nie wyłączając jednocześnie muzyki- to ważne.
Endomondo daje nam większą możliwość wyboru aktywności i znacznie bardziej czytelny przegląd historii własnych rekordów.

Jeśli chodzi o odczyty tętna obie aplikacje wymagają inwestycji- trzeba kupić czytnik tętna z bluetoothem, który będzie z nimi kompatybilny, przy czym Sports Tracker jednak nie wymaga już później żadnych dopłat by z tego sprzętu bez przeszkód korzystać.

Pomimo, że Sports Tracker do mnie bardzo przemawia zarówno technicznie, jak i wizualnie Endomondo daje mi możliwość lepszego porównania treningów biegowych (test Coopera) oraz możliwość "odhaczenia" innych form treningu, które w Sports Trackerze mogę tylko oznaczyć, jako "inne". Endomodo to także znacznie szersza społeczność użytkowników... Mówiąc szczerze siadając do pisania tego podsumowania sądziłem, że skłonię się do Sports Trackera, ale sam już nie wiem w tej chwili. To, co stanowi jego wadę, to właściwie tylko kwestia przyzwyczajenia do Endomondo... Niebawem będę jechał znowu 100 km do Kawczyna, tak, jak w ubiegłym roku. Może wtedy się zdecyduję... Muszę sprawdzić, czy da się odpalić jednocześnie dwie aplikacje :-) Czyli, to jeszcze nie koniec.





czwartek, 4 lipca 2013

Trening w delegacji

Delegacje, szczególnie te, o których dowiadujemy się z niewielkim wyprzedzeniem potrafią skutecznie zrujnować plan treningowy. Nie zawsze jednak musimy rezygnować całkowicie z aktywności w związku z tym, że czeka nas podróż, sporo pracy i nocleg poza domem. Oczywiście, jeśli nie ma szans na to, by pójść na trening tak, jak zawsze, można próbować zorganizować to sobie w miejscu "zesłania". W moim przypadku po raz kolejny już udało się odwiedzić CrossFit Mokotów w Warszawie. Bardzo fajne miejsce, a jednocześnie z mojego punktu widzenia idealnie położone, bo zarówno nasze biuro, jak i mieszkanie służbowe znajdują się na Mokotowie, także same plusy :-)
100m walking lunges na koniec
czułem przez kolejne 3 dni :-)


Ale po kolei. Zastanówmy się, co możemy zrobić, kiedy lądujemy w sytuacji, w której jesteśmy z dala od domu, okolicę znamy tak, że widzieliśmy tylko dworzec, biuro i pokój hotelowy, więc trudno szukać gdzieś klubu lub miejsca do ćwiczenia na zewnątrz... Po pierwsze jest szereg rzeczy, które możemy zrobić w pokoju hotelowym i nawet, jeśli macie tak, jak ja w zwyczaju sapać podczas ćwiczeń, w sytuacji hotelowej specjalnie bym się tym nie przejmował. Gorzej, jeśli obok mieszkają inne osoby z firmy i wiedzą, że jesteście sami w pokoju... No dobra, ale to zostawmy. Zerknijcie na poniższe propozycje.
1. TABATA TOTAL WORKOUT
Idea jest prosta. Robicie Tabatę w trzech wariantach z krótkimi przerwami. To jest kompletny trening, który aktywuje wszystkie grupy mięśniowe (nie w równym stopniu, ale jednak). Jedna uwaga przy okazji- tego rozwiązania nie stosowałbym zbyt często, szczególnie, jeśli nie jesteście bardzo zaawansowanymi osobami, które są w w ostrym cyklu treningowym, bo można się łatwo przetrenować.
- Tabata push ups (czyli 8 serii po 20 sekund maksymalnej pracy i 10 sekund odpoczynku- łącznie 4 minuty;
1 minuta przerwy
- Tabata air squats (jak poprzednio);
1 minuta przerwy
- Tabata sit ups (jak poprzednio).
Daje nam to łącznie 16 minut treningu. Owszem, należy się wcześniej trochę rozgrzać i byłoby fajnie poświęcić 10 minut na rozciąganie po wszystkim, ale to rozwiązanie gwarantuje nam ciężki, rzetelny i kompletny trening w 30 minut, zrobiony w zaciszu pokoju hotelowego, bez dodatkowego sprzętu.
2. BURPEE CHALLENGE
100 burpees na czas- warto spróbować, to na prawdę spore wyzwanie, szczególnie, jeśli chcecie się zmieścić w czasie poniżej 8 minut. Po tym proponuję złapać oddech i zrobić sobie 21/15/9 zestawu: pompki z oderwaniem rąk od podłoża + squat & knees to chest jump (przysiad zakończony podskokiem z podciągnięciem kolan do klatki). Też zmieścicie się w 30 minutach spokojnie i ten trening również będzie bardzo kompleksowy.

Dodatkowo pokój hotelowy daje nam możliwość wykonania ćwiczeń z użyciem sprzętów tam będących. Można robić pompki z nogami na łóżku lub krześle, w podporze o podłogę (zmiana nachylenia tułowia do podłoża spowoduje inną pracę mięśni). Można mając dwa krzesła i trzecie źródło podporu zrobić pompki między krzesłami. Kolejna rzecz, którą można zrobić, to pompki na poręczach- między krzesłami na przykład (to oczywiście zależy od wyposażenie pokoju, bo nie wszędzie będą dwa krzesła i nie wszędzie się nadadzą do tego, żeby się bezpiecznie na nich podeprzeć). Tak, czy owak, kiedyś, jeszcze zanim "odkryłem" uroki treningów robionych na czas, nastawionych na maksymalne zmęczenie nie za bardzo mi się chciało "trzaskać serie" w hotelu, teraz to a prawdę znacznie fajniejszy i bardziej efektywny trening, a jednocześnie znacznie szybszy. Czyli po wszystkim można sobie śmiało pójść zwiedzać okolicę na przykład- o ile jest tego warta ;-)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Dead lift monday

Dzisiaj po tygodniu przerwy udało mi się dotrzeć na trening. Poniedziałkowy martwy ciąg- super.
Zmęczyłem się, choć prawdę powiedziawszy nie ciągiem :-)

Dzisiejszy zestaw wyglądał następująco:
20 x martwy ciąg (dead lift)
15 x pompki w podporze o sztangę (bar push ups)
10 x martwy ciąg sumo z podciągnięciem sztangi do brody (sumo dead lift high pull-up)
Heand Stand Push Ups- drabina w dół, co ruda o 4 powtórzenia mniej. Pięć rund, czyli od 20 do 4...

Na ciągach spokojnie mogłem zaaplikować sobie 60 zamiast 40 kg, bo dałbym radę nawet w wersji sumo, ale spodziewałem się, że HSP mnie zajadą i niestety się nie pomyliłem. Pierwsza seria nawet nieźle- z pełnym zejściem do ziemi, rozbita na 6/5/5/4. Druga seria, to już 4 powtórzenia, jeszcze pełne, ale już ledwo wypchnąłem ostatnie, dalej 12 powtórzeń bez pełnego zejścia głową do podłoża i nie pamiętam nawet jak dzieliłem, ale co serię było gorzej. Czyli podsumowując- bardzo się cieszę, że nie podszedłem do tematu ambicjonalnie, tylko z rozwagą. Z większym obciążeniem też bym zrobił, ale nie wiem, w jakim czasie, tymczasem kiedy skończyłem, zegar pokazywał 20:38, czyli licząc, że jeszcze musiałem się pozbierać, zanim na niego zerknąłem, jest szansa, że zmieściłem się w 20 minutach, albo byłem nieznacznie powyżej. Z wyniku jestem w miarę zadowolony. Na dodatek być może jutro też mi się uda pójść poćwiczyć, bo okazało się, że kolejna delegacja jednak w środę :-)

Jeśli chodzi o moją wagę, to niestety brak kolejnych sukcesów, ostatnio miałem już 90,8 kg, a dziś po weekendzie 92,1- za bogato było :-)
Zdygany, ale zadowolony ;-)

wtorek, 18 czerwca 2013

Wariacja na temat split jerk, czyli podrzutu z wykrokiem

Dziś zabawa ze sztangą i wejściem do split jerk. Fajne ćwiczenie, bo te nawyki trzeba jakoś wypracować, a jednak nie robiąc olimpijskich bojów na każdym treningu poprawia się formę znacznie trudniej. Cała rozgrzewka nastawiona na dynamiczną pracę nóg i nożyce- bardzo fajnie przemyślane (gratulacje Marcin).

Samo ćwiczenie przyznam, że trochę mnie zaskoczyło- robiąc to nawet z gryfem 20 kg nie ma problemu, ale powyżej 35 kg nagle zrobiło się zaskakująco mało stabilnie. Ogromna różnica pomiędzy 30, a 35 kg- nie spodziewałem się. Obok mnie ćwiczył Przemek, który nawet z 55 kg skakał jak "młody źrebak", a ja niestety już przy 45 kg robiłem skok, ale wracałem do pozycji zestawiając nogi po tym, jak przywaliłem sobie boleśnie sztangą w kark. Ćwiczenie okazało się trudne koordynacyjnie, bo kiedy zaczyna się robić ciężko było mi bardzo niewygodnie utrzymać sztangę tak, żeby pracować nią tylko góra- dół. Trochę mi się bujała przód tył, a to już utrudnia opanowanie ciężaru i utrzymanie równowagi- stąd bolesna nauczka.

Teraz poglądowo o co chodziło. Sam "split jerk" robiliśmy z za karku, ale skoki odbywały się po kwadracie, czyli:
- ze stania obunóż do nożyc z lewą nogą z przodu;
- zeskok do stania obunóż
- skok do rozkroku;
- zeskok do stania obunóż;
- skok do nożyc z prawą nogą z przodu;
- zeskok do stania obunóż;
- skok do rozkroku.
Przy każdym skoku z przestawieniem nóg wypychamy sztangę w górę do wyprostu ramion i na zeskoku opuszczamy w dół, zatem jeden pełny kwadrat, to 4 powtórzenia, stąd liczba powtórzeń co obwód zmniejszała się o 4. Wzrastał za to ciężar.

WOD- drabina w dół split jerk jump ze wzrastającym obciążeniem plus stałych 10 burpees i 10 kettelbell swings (25 kg) po każdym podejściu do sztangi.
Drabina:
24 powtórzenia x 30 kg
20 powt x 35 kg
16 powt x 40 kg
12 powt x 45 kg
8 powt x 50 kg
4 powt x 55 kg
2 powt x 65 kg
Każde z podejść rozpoczęte rwaniem.

Oczywiście najbardziej w kość dały mi burpees. Nie mogę powiedzieć, że "split jerk" wykonywało mi się lekko, bo podejście z 45 kg musiałem rozbić na 8 + 4, ale to bardziej kwestia tlenu, niż siły, czyli wracamy do burpees i swingów w przerwie między podejściami. Jedyna szansa na łyk tlenu była przy zmienianiu obciążenia. Zajechałem się na prawdę.

Dodatkowo dziś na rowerze testowałem aplikację sports tracker- niby ma elementy, które endomondo oferuje za dopłatą, w standardzie. Na pewno lepiej mierzy, bo dojechałem w czasie 20:57, a mój wcześniejszy rekord na tej trasie to 22:14 :-) Muszę to jeszcze porównać dokładnie, nie miałem okazji na razie. Pojadę jeszcze praca- dom i wtedy sprawdzę.

niedziela, 9 czerwca 2013

Niedzielne "active recovery" z Maurycym i Marcinem ;-)

Zacznę od przeprosin. Sorry chłopaki, że nie skończyłem- zostało mi 10 boxów i burpee-jumps. Niestety nie uzgodniwszy swojej decyzji o niedzielnym treningu z Piękną i Małym Draniem naraziłem się na mały kryzys domowy i musiałem pilnie się zebrać, by utrzymać relacje rodzinne na odpowiednim poziomie. Fakt, że się z Piękną umawiałem, że weekendy są dla rodziny, ale spali rano.... Niniejszym ich także w tym miejscu przepraszam ;-)

Teraz do meritum. Dzisiejszy pomysł Marcina zainspirowany niewątpliwie jego piątkowymi przeżyciami z Wrocławia bardzo przypadł mi do gustu. Pomimo, że nie skończyłem, miałem już niemalże "odcięcie", które Marcin zapowiedział. Myślę, że gdybym "dopłynął do brzegu", to na pewno przez dłuższy czas nie byłbym w stanie nawiązać kontaktu z otoczeniem. Podsumowując ten przydługi wstęp- zajebiście było :-)

Trening zaczęliśmy od przebieżki dookoła Modeny- wyszło niecałe 1,5 km. Po zapoznaniu z okolicą Kermit poinformował nas, że to kółeczko będzie wstępem do dzisiejszego WODu. Także po starcie czasu jedziemy je jeszcze raz, ale już "z sercem". Całość wyglądała zatem następująco:
- bieg 1,4 km;
- 600 singli na skakance lub 150 DU (wybrałem single przy tej ilości rzecz jasna);
- rwanie ze splitem (45 kg) x 50 powtórzeń;
- 130 m wykroków ze sztangą z przodu (40 kg);
- 130 m biegu ze sztangą na barkach (40 kg);
- 70 box jump (60 cm);
- 130 m burpee- jump.

Spodziewałem się, że Maurycy mnie kondycyjnie zamiecie (jak zawsze), ale trzeba wspomnieć, że za wyjątkiem rwania, wszystko robiliśmy takim samym obciążeniem, a on jest jednak około 20 kg lżejszy. Krótko mówiąc- kozak ;-)



Pomimo tego, że nie udało mi się skończyć WODu, jestem bardzo zadowolony z treningu, bo mogę śmiało powiedzieć, że "zajechałem się wszechstronnie". Jutro na pewno poczuję nie tylko poślady i przywodziciele, ale także czwórki, dwójki, łydki, prostowniki grzbietu, barki i kaptury, a gdybym pojechał jeszcze burpee- jumps, pewnie czułbym na dodatek klatę i tricepsy :-)

W pyteczkę trening i nawet w całości poniżej 45 minut jak sądzę. Fantastyczna alternatywa dla zwykłego treningu siłowego. Jeśli ktoś nie jest jeszcze przekonany do treningu typu CrossFit, powinien spróbować czegoś takiego, a zrozumie ile funu i czasu traci pompując bicepsy przed lustrem na siłce. Oczywiście- wszystko zależy od priorytetów, ale jeśli nie macie w planach startów w zawodach kulturystycznych, szczególnie, jeśli macie doświadczenia z treningiem siłowym, błędem byłoby nie spróbować. Choćby dla urozmaicenia. Mówię poważnie i co najważniejsze... wiem, co mówię. ;-) POLECAM!

piątek, 7 czerwca 2013

Nagła zmiana planów- trening na powietrzu

Dzisiaj Mały Drań obudził się razem ze mną, więc nie było mowy o tym, żebym zdążył wyjść na trening, za to odbyliśmy niezwykle pouczającą rozmowę o kreskówkach, które lubi, a które nie.

Nie zrażony koniecznością zmiany planów, pojechałem do pracy nieco wcześniej i zrobiłem trening na stadionie Olimpii :-)

Akurat było wystawione podium po jakiś zawodach i dzięki temu mogłem sobie zrobić bardzo komfortowo box jumps. Co prawda było nieco wyżej, niż zwykle (pewnie około 70 cm), ale za to jaka frajda być 60 razy na najwyższym stopniu podium ;-)

Mój zestaw wyglądał następująco:
- dobieg na stadion (około 500m);
- 20 x box jump;
- 20 x wymyk/ odmyk na drążku- niestety to okazało się trochę za ciężkie zadanie i ponieważ miałem w planie trzy rundy zmieniłem to od drugiej rundy na podciąganie;
- bieg 400m;
- 20 x box jump;
- 20 x podciąganie;
- bieg 400m;
- 20 x box jump;
- 20 x podciąganie;
- bieg do firmy.



Na stadionie spotkałem "siłowniowego" kolegę, który też robił coś na kształt cross treningu, troche podobnie do tego, co sam robiłem jakieś dwa lata temu zapewne. Namawiałem go, żeby się wybrał do CCR- może przyjdzie. Mieszka na Ogrodach, więc ma niedaleko.

czwartek, 6 czerwca 2013

Czwartek 6:00- I missed this

Dzisiaj udało mi się dotrzeć na trening o 6:00. Brakowało mi tego :-) Nie było Marka, ale Marcin, Kuba i Maurycy i tak zostawili mnie w tyle na końcówce.

Rozgrzewka na gumach- barki napompowałem jak "motylki" do pływania, później ciężko już było podnosić ręce w górę ;-)
Mój dzisiejszy zestaw na WOD -piłka 5kg; sztanga 60kg, kettel 25kg, box 60cm i podkładka pod głowę na HSPU ;-)

WOD
5 minut pracy 1 minuta przerwy; 4 minuty pracy, 1 minuta przerwy i tak do minuty pracy na końcu. Każda runda aktywności obejmowała inny zestaw ćwiczeń.

5 minut- ascending leadder: HSPU + kettelbell swing
1 HSP + jeden swing; 2 HSP + dwa swingi; 3 HSP + 3 swingi itd przez 5 minut
Skończyłem na zestawie 7+7. Z HSP dzisiaj była masakra, bo co prawda próbowałem szlifować technikę z wyrzutem do kipping (fatalnie mi to wychodzi), ale siłowe w pierwszych seriach tez nie szły mi dzisiaj najlepiej.

4 minuty- AMRAP
10 sit ups
10 push ups
10 knees to elbows jumps
cztery pełne rundy + 17 powtórzeń

3 minuty- ascending leadder: box jump + burpee + wall-ball
skok na box + burpee + wall-ball; 2 x box + 2 x burpee + 2 razy wb itd
pełnych 5 rund i na burpees w szustej skończył mi się czas

2 minuty- ascending leadder: snatch + mountain climb do kwadratu ;-)
1 x rwanie + 2 x mountain climb; 2 x rwanie + 4 x mc; 3 x rwanie + 8 x mc; 4 x rwanie + 16 x mc itd
3 pełne rundy plus 3 rwania
zaaplikowałem sobie 60 kg- przesadziłem. Rwanie mogę z tym robić, ale kosztowało mnie to zbyt dużo wysiłku w tym zestawie.

1 minuta- AMRAP: air squat jumps, czyli głęboki przysiad do wyskoku obunóż
34 powtórzenia

Na wyjście:
Thurster z hantlami (ascending leadder) + shuttle run
1 x thurster + bieg; 2 x thurster + bieg; 3 x thurster + bieg- i tak do 10 ...
Masakra zacząłem 20-kami i udało mi się zrobić pierwszych 6 rund, ale później zrobiło sie ciężko- lewa ręka zaczęła wymiękać i to nie tylko, jeśli chodzi o możliwość wypchnięcia ciężaru, ale bardziej nawet, jeśli chodzi o możliwość utrzymania hantli na barku. Zsuwała się do przodu i traciłem równowagę w przysiadzie, przechodząc na palce. W zasadzie walczyłem z tym od początku- jak tylko próbowałem przyśpieszyć, miałem z tym problem. W siódmej rundzie przeszedłem na 18-ki, a w ostatniej wróciłem na 20-ki, ale po trzech powtórzeniach musiałem zejść na 18-ki i dalej nawet na 16-ki.

Wyraźnie czuję, że muszę ćwiczyć mobilność barków do front squatów, to przyda mi się też przy rwaniu i podrzucie, żeby zacząć robić te ćwiczenia bardziej technicznie, no i HSPU- ja pierniczę, to fiasko dzisiejszego dnia bez wątpienia. Za to waga- 91,6 kg na koniec (znowu po literku wody), także możliwe, że się stabilizuję wagowo ;-) Jak zejdę do 89kg, będzie już nieźle. Wtedy pozostanie tylko praca nad siłą i techniką.