piątek, 20 lipca 2012

Mikrourazy mięśni posturalnych

Generalnie mówi się, że zakwasić mięśnie posturalne jest bardzo trudno. Można im jednak "zgotować piekło" treningowe i wtedy mikrourazy dadzą znać o sobie. To jest między innymi jeden z efektów mojego wczorajszego zestawi 21-15-9. Lędźwiowa część prostownika oraz pas biodrowy są tak skatowane, że poruszam się jak paralityk- prawie, jak przy wysunięciu dysku.

Oczywiście dyski są na miejscu, to ewidentnie bóle mięśniowe, ale nie sądziłem, że aż tak sobie dopierd&%$em do pieca. Mam kłopoty z siadaniem, wstawaniem, skręcaniem się- masakra. Na rowerze daję jakoś radę, ale dwójki i pośladkowe też mam zakatowane.

Wczoraj na Rycerską nie pojechałem rowerem, ale za to dziś postaram się jeszcze coś zrobić- choćby pojechać z rodziną na dłuższy spacer rowerowy. Gdyby to nie wypaliło, to w weekend będę musiał pobiegać. No jest jeszcze wyzwanie w postaci 100 burpees, które mój Serdeczny Przyjaciel robi w 7:50. Ja jeszcze sie nie zabrałem za to- trochę się boję, cały czas mam w pamięci Tabatę z burpees, która mnie mentalnie pogrążyła na początku mojej reaktywacji ruchowej. Będę w końcu musiał się z tym zmierzyć, choćby po to, żeby się przełamać, ale teraz z tymi obolałymi plecami burpees, to nie jest najlepszy pomysł.

czwartek, 19 lipca 2012

21-15-9 martwy i podciąganie + drobiazgi dla zdrowotności

Jak zwykle 400m na początek- biegam w granicach 1:15 bez jakiegoś spięcia, to znaczy, to nie jest sprint, bo nie ma warunków, ryzykowałbym potrącenie przez samochód, ale myślę, że na bieżni zejdę poniżej minuty.

Dogrzałem się i poskładałem talerzyki- 100kg. Ciągi udało mi się pojechać bez przerwy, na podciąganiu dzieliłem 11-8-2/8-7/5-4. Całość zajęła mi 7:21, także szału nie ma, nie mniej jednak zrobiłem i jestem zadowolony.

Niestety później robiłem wiosłowanie hantlami w podporze i z planowanej 30-tki zrezygnowałem na rzecz 25-tki. Czułem w plecach ciągi i bałem się kontuzji. Zrobiłem trzy serie po 15 na stronę bez przerw i na prawdę się zmęczyłem- nie mierzyłem tutaj czasu, ale też coś około 7 minut. Starczyło jeszcze czasu, żeby się rozciągnąć (prostownik ewidentnie się tego domagał) i zrobić trzy serie po 15 toes to bar.

Z powrotem 400m już luźniutko, w granicach 2 minut, ale jakoś te powrotne biegi zawsze mi wychodzą "człapane". Raz, że jestem zwykle zmęczony, a dwa, że mam poczucie spełnionego obowiązku i nie chce mi się już "dorzynać". Poza tym, dzięki temu jest szansa świeże pieczywo na śniadanie kupić. A tak, jem pieczywo i to często pszenne- bez przesady. Cały trening od wyjścia z domu, do powrotu- 43 min.

Dziś czeka mnie jeszcze wycieczka rowerem na Rycerską, a następnie do domu. Zmierzę na endomondo, ale nie wiem, czy będą warunki, żeby się przyłożyć- zobaczymy.

wtorek, 17 lipca 2012

Pierwszy po przerwie- życiówka na ergometrze :-)

Dziś rzuciłem się na ciężary po ponad dwóch tygodniach przerwy wymuszonej mną mnie przez mój własny organizm. Postanowiłem zacząć lżej, bez szaleństw CF, tylko bardziej zachowawczo, fitnessowo, można powiedzieć.

Zrobiłem klatkę- 4 serie wyciskania na płaskiej ławce, 4 serie wyciskania wąskim uchwytem, 4 serie wyciskania hantli na skosie, 4 serie rozpiętek na skosie i 2 serie pompek na poręczach (musiałem skończyć bo przyczep tricepsu mnie zaczął boleć i bałem się kolejnej kontuzji).

Wyciskanie zrobiłem z największym ciężarem, na jaki mogłem sobie pozwolić- 100kg w czterech seriach od 6 do 5 powtórzeń w ostatniej serii. Osłabłem wyraźnie, przed przerwą, robiłem 100kg 8 powtórzeń. Później wyciskanie wąskim chwytem, zacząłem od 70kg na 8 razy, ale zszedłem do 60kg, bo łokieć, a właściwie przyczep przy łokciu zaczął się odzywać. Wyciskanie hantlami zrobiłem leciutko, właśnie ze względu na ból- 4 serie po 10 powtórzeń z 25-kami. Rozpiętki zrobiłem po 15 powtórzeń 16-tkami, a pompki, to już wiadomo- 10 razy w pierwszej serii i przy drugim podejściu po 6 odpuściłem. Wsiadłem za to na ergometr przed wyjściem i zrobiłem życiówkę w sprincie na 500m- 1:39!!! Ależ byłem wkur#@ny chwytając za wiosła, ale efekt jest :-) i humor mi sie od razu trochę poprawił pomimo pogody i perspektywy powrotnego biegu w deszczu.

Podsumowując, słaby jestem jeszcze i muszę uważać, bo się sypię, ale kondycyjnie jest lepiej co raz :-)Trening w całości razem z rozgrzewkowym biegiem na 400m i powrotnym truchtem na 400m zajął mi 55minut, także wykonany został w tempie i z tego też jestem zadowolony.

wtorek, 10 lipca 2012

Najważniejsze to się empirycznie obwarować

W związku z tym, że wczorajszy przejazd traktuję, jak niezbyt udany, bo i przez miasto w godzinach szczytu i na głodnego itd- wymówek mógłbym szukać długo, dzisiaj postanowiłem sprawdzić metodologicznie, jak wyglądają moje szanse na pokonanie Pięknej w zakładzie. Oczywiście 12km, to nie to samo, co 100km- to oczywista oczywistość. Nie mniej podszedłem do tematu tak, żeby nie przekraczać w miarę możliwości 160bpm (żeby się nie zakwaszać), jechać w miarę równo i zobaczyć, czy jestem w stanie uzyskać średnią około 20km/h. No i jestem. Owszem, warunki są super, bo jadąc w tym kierunku mam prawie cały czas płasko lub lekko z górki, dodatkowo była bardzo fajna pogoda- bez wiatru w twarz, ale nie za ciepło (około 19 stopni). Jechało się miło i co prawda tętno skoczyło mi w [paru miejscach do 161, ale większą część trasy trzymałem 148-156. W nogach tego nie odczułem, także pocieszam się, że to są wszystko dobre prognostyki. Jedyna zmienna, która mnie poważnie martwi, to zmęczenie w czasie. Maraton biegłem ponad 4h i wiem, co to za masakra dla organizmu, to jest niby trochę lżej dla stawów, ale dla mięśni wręcz przeciwnie i na dodatek, kręgosłup też musi swoje obciążenie przyjąć, a nie będę mógł sobie luzować z prędkością, jeśli chcę wygrać zakład... No nic, zobaczymy.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Rower- termin zakładu coraz bliżej

Kurde, wczoraj dotarło do mnie, że termin zakładu jest co raz bliżej, a ja się wcale nie przygotowuję. Dzisiaj zatem nadarzy się okazja sprawdzić, jak to może być z tym trzymaniem średniej prędkości na nieco dłuższym dystansie.
Na trening dzisiaj nie poszedłem, bo plecy jeszcze czuję, ale dzięki temu mam taki nadmiar energii, że aż mi trudno w miejscu wysiedzieć. Pogoda ładna, czyli wszystko w sam raz.
Pojadę z pracy na Ławicę, drogą "nieco na około" i zobaczymy, czy uda mi się utrzymać średnią około 24km/h i jakie będę miał tętno na tej trasie- to mi da jakieś wyobrażenie na temat możliwości sprostania wyzwaniu. Mam tam na trasie sporo ścieżek rowerowych- najgorszy będzie początek (bo przez miasto) i końcówka za Rusałką, bo są światła, których się może nie udać "przeskoczyć". Zobaczymy- startuję za 2,5h

(...) 8h później...

No i już wiem, Nie wypadło to najlepiej. To znaczy ruch uliczny, światła, piesi itd- wiadomo, to znacznie spowalnia, ale średnia wyszła mi na poziomie 17.6km/h z odcinka 15,3km. Na odcinkach, na których miałem sprzyjające warunki swobodnie i bez zadyszki jechałem między 22km/h i 25km/h. Nie ma się jednak czym wzniecać, bo to były odcinki po 2-3km, także tętno na poziomie 151-156 nic tu nie znaczy. Jeśli nawet w trakcie pokonywania mojego wyzwania będę miał taki komfort, żeby jechać w fajnych warunkach, po prostym, bez silnego wiatru w twarz i bez zbyt wielu podjazdów, to nie znaczy, że w 3, czy 5 godzinie będę w stanie utrzymywać taką prędkość... Mój tryumf, że tak powiem, coraz bardziej się oddala. Nie ukrywam, że liczę mocno na zmianę, jaką wprowadzi montaż "nosków" na pedałach. Ścigałem się dziś po drodze z takim jegomościem, który jechał właśnie w noskach. Widać, że trochę jeździ na rowerze, także po nogach, ale generalnie szału nie robił, tylko tyle, że znacznie łatwiej mu było przyspieszyć i trzymał wyższą prędkość także nieco mniejszym kosztem, niż ja. Od wyjazdu z Rusałki siedziałem mu cały czas na ogonie. Odjechał mi dwa razy- raz na Polskiej, drugi raz na Bukowskiej. Na Bukowskiej jeszcze bym go doszedł, ale przed lotniskiem skręcił w Bajkowe- cykor ;-) Nie zmienia to faktu, że nadal nie rokuje to dobrze na zwycięstwo w zakładzie z Piękną. Dzisiaj sprawdziła mój wynik jak przyjechałem i spytała, czy ona wybiera destynację wycieczki, czy sam zaproponuję coś rozsądnego... Nosz kurna, to jest bezczelność! Jeszcze nie przegrałem! A jak przegram, to pojedziemy do Lichenia, bo nie mam kasy na inną wycieczkę na razie! Licheń jest właśnie w pytę na tą okazję!
Naoliwiłem i wyczyściłem łańcuch i przerzutki, poprawiłem hamulki, jutro też się karnę do pracy rowerkiem i zobaczymy ja pójdzie. Z powrotem będę jechał z Małym Draniem, więc bez wyników szybkościowych, ale za to jest szansa na lepsze spalanie.
To też ciekawe, dzisiaj przejechałem w 51min 15,3 km, ze średnią 17,6km/h, dwa dni wcześniej przejechałem 13,5km w 1:11, ze średnią nieco powyżej 11km/h i okazuje się, że kalorycznie wyszło mi 5prawie to samo. Należy nadmienić, że nie mam pulsometru z bluetoothem, także "Endomondo" wylicza mi kaloryczność "na oko". Podstawiając do wzoru moje dane (wiek, wagę, płeć) i zestawiając to z prędkością przemieszczania oraz średnimi ze statystyk, które ma w bazie... Ciekawe na ile to dokładne. Podaje przewyższenia i ukształtowanie terenu, ale nie sądzę, żeby to się jakoś przekładało na bardziej zaawansowane przeliczanie spalania. Musiałbym to kiedyś sprawdzić. Niestety nie wiem jeszcze jak, bo z kolei mój zegarek nie jest na tyle sprytny, żeby potrafić podać dokładną kaloryczność dla innej, niż bieganie aktywności. No właśnie, na bieganiu to musi działać tak samo, czyli przy okazji biegowego treningu porównamy różnicę :-) Przebłysk geniuszu po 23ej. Znaczy pora spać- może się uda wstać na czas, bo jednak stąd mam godzinkę do roboty rowerkiem, nie to samo, co z chaty.

piątek, 6 lipca 2012

Kaganiec

W związku z moim zniedołężnieniem kilka dni temu (jeszcze mi nie przeszło to gówno), Piękna wzięła sobie do serca opiekę nade mną (a może bardziej przejęła się, że jak mi się faktycznie coś stanie, będę marudził nie do zniesienia) i zakazała mi jakichkolwiek treningów do końca tygodnia. Mam tylko dyspensę na jeżdżenie rowerem do pracy, ale to ledwie 3km.

W związku z tym "głód treningowy" u mnie wzrasta i jak mnie wreszcie spuści ze smyczy, to będę musiał się skupić na tym, żeby sobie krzywdy nie zrobić. Aktualnie mam poczucie, że jak złapię sztangi, to je normalnie powyginam, a zaraz potem pobiegnę do Antoninka i z powrotem. Prawda jest oczywiście taka, że to syndrom, jak u psa zamkniętego na małej przestrzeni, który rzuca się w pogoń za własnym ogonem. Różnica polega jednak na tym, że pies się najwyżej zmęczy trochę i przestanie, a ja nie mam tak rozwiniętego instynktu i muszę sobie wszystko zaplanować, żeby się nie "zagonić na amen".

Problem z realizacją takich planów jest w moim przypadku taki, że potrafię je rozsądnie przygotować, ale jak zaczynam je realizować, to trudno mi nie wykraczać poza ich ramy w pierwszym okresie. Z drugiej strony, jak się "wyrwę", to potem jestem niezadowolony z siebie, po plan jednak zakładał bardziej realne do zrealizowania zadania... Tak źle i tak niedobrze. Na razie czekam- byle do poniedziałku (nie wierzę, że to napisałem- do poniedziałku?!).
Póki co powtarzam sobie zdanie z tej tablicy- "Starzenie się nie jest dla mięczaków", chyba zrobię sobie taka koszulkę treningową.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Stary tetryk

Kiedy już zaplanowałem sobie działania na weekend i początek tygodnia, w sobotę rano wstałem, wyjąłem z łóżeczka Małego Drania i... jak mnie nie pierdolnie w plecach! Nosz kurna, myślę sobie- dysk mi wywaliło. Ale żeby w piersiowym odcinku?! Piękna sprawdziła- dysk na tym odcinku wypada niezwykle rzadko ale możliwa jest neuralgia na przykład wywołana przeciążeniem mięśni. Taaa... Neuralgia brzmi co prawda dość mało optymistycznie, ale może być. Na ostatnim treningu dałem sobie w kość dość ostro jeśli chodzi o grzbiet- na logikę, może i słuszna diagnoza. Z dnia na dzień jest co raz lepiej, ale napieprzają mnie mięśnie oddechowe i międzyżebrowe po prawej stronie i dzisiaj, kiedy zadzwonił budzik, pomyślałem- pójdę chociaż pobiegać. Po czym nabrałem głęboko powietrza w płuca i od razu mi przeszła ochota na cokolwiek związanego z ruchem. Może jutro będzie lepiej, chociaż... pogoda ma się dla odmiany znowu spieprzyć :-( Wszystko mi przeszkadza, no wszystko po prostu.